Przebłyski

W zeszłą środę miałam przyjemność uczestniczyć w ostatnim spotkaniu autorskim w tym "sezonie". Dla mnie zawsze "sezon" roczny zaczynał się latem i kończył jesienią. Względnie - zaczynał jesienią, a kończył latem (ponieważ życie jest cykliczne, nie ma to chyba tak wielkiego znaczenia).

Nie wiem czy to dlatego, że sama urodziłam się latem. Ale w tym akurat roku na tę sezonowość wpływa u mnie kilka innych, dodatkowych aspektów.

Było spotkanie; są i zdjęcia:

Na zdjęciu widoczna niewielka, acz godnie reprezentowana część Dyskusyjnego Klubu Książki, który działa w Filii nr 3 w Słupsku. Jak widać, spotkanie było ucztą nie tylko intelektualną ;)


Rozmawiałyśmy niby to o moich książkach, ale jak to na takich wspaniałych spotkaniach bywa - tematy poboczne płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Okazało się (co mnie nie dziwi), że w każdej z nas jest coś z szeptuchy, zielarki i czarownicy, która funkcjonuje w zawieszeniu pomiędzy tym co dawne, a tym co współczesne.


Ponieważ rozmowy w DKK dotyczyły nie tylko "Dwudziestu siedmiu snów", ale też moich poprzednich powieści, przypomniało mi się, że czasami doświadczam dziwnego wrażenia. Mam mianowicie takie uczucie, że część treści moich książek w istocie wyprzedza to, co czuję lub to, z czym się utożsamiam dopiero wiele lat później. Oczywiście nie zawsze tak jest, ale zdarzają się takie przebłyski.

O co mi chodzi?
No na przykład o taki oto fragment z "Inframundo", czyli z książki wydanej cztery lata temu (a napisanej odpowiednio wcześniej):

"Greta leżała na łóżku zwinięta w kłębek. Było już późno. Objęła dłońmi swój ogromny brzuch, zamknęła oczy. I weszła do przytulnego pokoju, w którym zawsze spotykała się z Małym Stworzonkiem.
Stworzonko nie było już wcale takie małe. W tej zaburzonej skali pokoju-łona dorównywało już wielkością Grecie. Wpatrywało się w nią całkiem bystrym spojrzeniem.
Greta przytuliła się do jego ciepłego, śliskiego ciała.
– Widzisz – odezwała się. – Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma żadnej recepty. Nie ma gotowego przepisu, a nawet jeżeli, to jest to taki, który mnie nie zadowala. Nigdy nie wiesz, czy to, co daje ci szczęście w danej chwili, będzie dla ciebie dobre w przyszłości. Nigdy też nie wiesz, czy warto się umartwiać i postępować zgodnie z receptą innych, bo być może to, o co walczysz, nie jest nawet warte twojej uwagi.
Małe Stworzonko zabulgotało w odpowiedzi i nastawiło się do przytulania. To jedno lubiło z całą pewnością. […]
Greta, uspokojona jego głębokim snem, podczas którego niemal czuła, jak Stworzonku przybywa kolejnych komórek w organizmie, wstała ostrożnie, by go nie zbudzić."
 

Komentarze

  1. sympatyczne spotkanie można podejrzeć na zdjęciu...

    to co dziś- jest zapewne jest splotem tamtych byłych doświadczeń....
    to przytulanie brzmi sympatycznie gdy za oknem szaruga i wietrzysko....

    usmiechy i pozdrowienia zostawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie masz rację z tym splotem :) Ja również wysyłam uśmiechy pomimo okropnej aury pogodowej!

      Usuń
    2. złapany uśmiech- potwierdzam :)

      Usuń
  2. Realizm magiczny i babka piaskowa, od której kolejnych komórek przybywa:)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja siedzę w szarych snach... i doskonale rozumiem cykliczność :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty